Winny Kazimierz 2016. Wieczór dziewiąty


Filozofia wina



Poczatek

Luz i akceptacja niech zawsze towarzyszą winu.
Marek Bieńczyk i Lech Mill (Dom Bliskowice).

modla

Oczekiwanie na niespodziankę.

notatki

Marek Bieńczyk podpisuje "Jabłko Olgi, stopy Dawida".

Egzamin

Zaskakujący bohaterowie spotkania.

Najlepsze wina to te, które potrafią zaskoczyć. Nieoczywiste i niedoskonałe.

Tym razem zgromadzeni przystąpili do degustacji pełni zapału i ciekawości. Utopili prowadzących w deszczu pytań. Gość specjalny Marek Bieńczyk, którego zasług w popularyzacji kultury winnej w Polsce nie da się przecenić, sypał anegdotami i zachęcał do nieustannych prób. Wino należy pić, kiedy tylko zdarzy się okazja. A jeśli okazja akurat sama się nie zdarza, warto ją prowokować. Winem trzeba się delektować, próbować je, wąchać, oglądać, smakować, porównywać z innymi winami i innymi smakami, zapachami, widokami. A jedną z najlepszych metod na winną rozkosz jest szukanie niedoskonałości. Bo doskonałość, na przykład powtarzalna doskonałość, jaką osiągają niektórzy producenci masowych win z gigantycznych plantacji (nie będziemy ich nazywać), jest po prostu nudna. Wino jest najlepsze, gdy czymś zaskoczy, jakąś niespodziewaną nutą smaku lub zapachu, a może jeszcze czymś zupełnie innym, czego oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
Z pobłażliwością Marek Bieńczyk odniósł się do wszelkich rankingów, stopniowalnych ocen, gwiazdek i innych winnych rywalizacji. Jego zdaniem wino można ocenić tylko wtedy, gdy się go samemu spróbuje. Ale to nie wszystko. Zacytujmy fragment z „Nowych kronik wina” autorstwa naszego gościa specjalnego: „Wino i okoliczności to para szczęśliwa, papużki nierozłączki, Laura i Filon pod ulubionym jaworem. Odebrać jedno drugiemu znaczy zniszczyć możliwość miłości, uniesienia; zamulić źródło, zerwać podstawowe mosty. Kiperskie degustacje czynią z nas lekarza; widzimy, że jeden pacjent jest chory na głupi katar, drugiemu święty Boże nie pomoże, lecz sens spotkania z winem zanika”.
Przy okazji, wertując tę książkę, trafiliśmy na felieton (przypadek?) uzupełniający nasz opis spotkania z Wojciechem Bońkowskim (patrz niżej), a dotyczący określenia „wino mineralne”. „Gdyby chcieli Państwo wykazać się znajomością wina w jakimś snobistycznym towarzystwie znawców” – pisał Marek Bieńczyk – „radziłbym używać słowa »mineralność«(…). Pojęcie to pojawiło się niedawno (…) i zrobiło wielką karierę. Wymyślił je ponoć francuski dziennikarz Michel Dovaz, który podczas pewnego przyjęcia nie bardzo wiedział, jak zdefiniować testowane właśnie wina, i na język przyszło mu niewinnie to właśnie słowo: mineralne! Co ono jednak dokładnie znaczy, Pan Bóg raczy wiedzieć.”
Spotkanie z Markiem Bieńczykiem było ostatnie z pierwszego cyklu spotkań z Winnym Kazimierzem. Wkrótce ogłosimy dalsze plany. Niewykluczone, że Winny Kazimierz przybędzie z wizytą do innych miast. Spotkania z Państwem były dla nas ogromną przyjemnością. Tym większą, że jeszcze kilka lat temu słyszeliśmy, że to się nie może udać. Wino w Polsce? Jakaś bzdura! Hucpa, fantasmagoria. Przecież Polska to brzydki, szary kraj, a wino wymaga jasności, słońca, kolorów, piękna.
No więc udaje się. Może dlatego, że Polska może być dowolna, taka jaką sobie wyobrazimy. Może być szara, zamknięta, ksenofobiczna i piwno-wódczana, a może być jasna, promienna, uśmiechnięta, otwarta, barwna, pachnąca i winem płynąca.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór ósmy


Wino i historia



Poczatek

Jan Wróbel (z prawej) szuka wina w historii Polski.
Rozbawił nawet Lecha Milla (Dom Bliskowice).

modla

Tajemnicza Nieznajoma sieje popłoch. W niebieskich koszulkach Anna i Tomasz Stola (Modła).

notatki

Burgund z Wąchocka? Nie, cantor z Małego Dobrego.

Egzamin

Kolejka do Jana Wróbla, który składa autografy na swojej książce "Polak, Rusek i Niemiec. Historia Polski 2.0. Tom pierwszy".

Historia wina na ziemiach polskich to niestety historia nieobecności, elitaryzmu i podziałów klasowych. Dosyć tego! Wznieśmy toast: „Polskie wino na każdym stole!”.

Nie miał łatwego zadania nasz gość specjalny Jan Wróbel, historyk i nauczyciel. Im bardziej poszukiwał śladów wina w polskiej historii, tym bardziej ich tam nie było. Nasi średniowieczni przodkowie pijali dużo piwa i miodów syconych, wino sprowadzano z Węgier w niewielkiej ilości i trafiało raczej tylko na dwór królewski i do domów bogatych patrycjuszy.
Nasza niezawodna publiczność pospieszyła jednak z pomocą.
– Podobno w Wąchocku w XIII wieku robili burgunda! – oświadczyła Tajemnicza Nieznajoma.
Prowadzących spotkanie winiarzy, a nawet samego Jana Wróbla na chwilę zatkało, bo przecież wiadomo, że burgunda robi się w Burgundii.
– Ale kto robił? Sołtys? – ocknął się wreszcie Lech Mill z Domu Bliskowice.
– Nie, cystersi.
Coś w tym jest. Na terenach Polski w latach 70. XII wieku ufundowano kilka klasztorów cysterskich, między innymi w Sulejowie i w Wąchocku właśnie. Oba założyli mnisi z leżącego w Burgundii opactwa Morimond. Budynki zbudowali według wzorców burgundzkich (o zespole klasztornym w Sulejowie do dziś się mówi – Burgundia nad Pilicą), zajęli się uprawą ziemi. Być może przywieźli też ze sobą sadzonki winorośli i winiarskie know-how. W tamtym okresie klimat nad Wisłą był na tyle łagodny, że wino z Wąchocka mogło przypominać burgunda.
Mimo wysiłków mnichów mieszkańcy polskich ziem wciąż jednak preferowali piwo z jęczmienia. Dopóki nie okazało się, że ze zboża można robić też wódkę. To było prawdziwe nieszczęście. Zamiłowanie do picia wódki podsycali właściciele ziemscy, zorientowawszy się, że lud pijany to lud nieskory do buntu, niesamodzielny, uległy panu, szczególnie temu, który rządzi za pomocą bata. W niektórych miejscach doszło do fizycznej degeneracji ludności wiejskiej z powodu nieustannego nadmiernego spożycia. Kryzys nastąpił w XIX wieku, kiedy gorzelnie stały już niemal przy każdym dworze i opracowano doskonałą technologię pędzenia wódki z kartofli. Ale nie będziemy o tym pisać. Być może historia Polski byłaby zupełnie inna, gdyby winorośle lepiej tutaj rosły.
A może jeszcze nie jest za późno? Tak chyba pomyślała Tajemnicza Nieznajoma, bo zgłosiła propozycję, by do programu szkolnego wprowadzić przedmiot „kultura stołu”, zawierający między innymi elementy kulturalnego spożywania alkoholu ze szczególnym uwzględnieniem wina.
Niestety. Zdaniem Jana Wróbla, chociaż szkoła jest coraz bardziej otwarta na eksperymenty, nauka kulturalnego picia, nawet wina, byłaby chyba przesadnym wyzwaniem. No i wiązałaby się z mnóstwem praktycznych trudności. Bo czy można by to było robić na pierwszej lekcji, czy dopiero na ostatniej? Zresztą nasz gość uważa, że „w pracy i w szkole człowiek nie może być pod wpływem środków zmieniających świadomość”, więc najlepszym miejscem do nauki kultury stołu jest dom rodzinny.
I oczywiście spotkania z Winnym Kazimierzem.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór siódmy


Pisanie o winie



Poczatek

Od lewej: Małe Dobre Różowe, Cantor'15 (Dom Bliskowice), Młody Cfajgeld (Modła), Wrestling (Modła), 3'15 (Dom Bliskowice). W drugim rzędzie: Tomasz Stola (Modła), Wojciech Bońkowski, Lech Mill (Dom Bliskowice).

modla

Zwykle w tej sali odbywają się wesela. Polskie wino na wesele? Czemu nie?

notatki

Państwo przyjechali aż z Mazur, żeby posłuchać winnych czarodziejów.

Egzamin

Wojciech Bońkowski podpisuje swoją książkę
"50 win do 50 złotych".

Proces fermentacji opisano naukowo dopiero półtora wieku temu. Może szkoda. Przedtem przemiana soku winogronowego w wino musiała być prawdziwie cudownym zjawiskiem.

Czy białe wino może pachnieć czarnym bzem? Oczywiście, że może. O zapachach, smakach i wyglądzie wina opowiadał gość specjalny Winnego Kazimierza Wojciech Bońkowski, specjalista od nazywania ulotnych wrażeń, dziennikarz winiarski z wieloletnią praktyką, twórca portalu Winicjatywa.
Zapach i smak, czyli cechy, według których ocenia się wino, nie są obiektywne. Zależą od indywidualnych upodobań, osobistej historii, od tego, co każdy z nas przechowuje w pamięci. Zapach wina to tylko wrażenie, nie da się go zważyć i zmierzyć. A każde wrażenie jest prawdziwe, trudno mu zaprzeczyć. Dlatego wino, które właśnie wąchasz, pachnie dokładnie tak, jak ci się wydaje, czyli na przykład czarnym bzem. A jeśli ktoś powie, że według niego to samo wino pachnie suszonymi śliwkami, też będzie miał rację. Słowem, wino jakie jest, każdy czuje.
Fachowcy od oceniania win muszą jednak znaleźć jakiś wspólny język, więc nie ustają w wysiłkach, by spośród subiektywnych wrażeń wybrać takie, wokół których jest najmniej sporów i od biedy można je uznać za obiektywne cechy wina. Wojciech Bońkowski mówił na przykład o winach ze szczepu riesling, że zazwyczaj są mineralne, co, jak tłumaczył, oznacza: „zapach czystej chłodnej wody źródlanej, mokrych kamieni”.
Opowiadał też trochę o niełatwej sztuce dobierania wina do potraw. Jest kilka ogólnych zasad, na przykład do białej ryby (pstrąg, dorada) pasuje coś kwaśnego. Można użyć cytryny, ale o ileż milej, gdy takiemu daniu towarzyszy białe wino o wysokiej kwasowości, na przykład właśnie wspomniany riesling. Do tłustych mięs zazwyczaj podajemy wina czerwone. A jeśli już zupełnie nie wiemy, jakie wino wybrać, najbezpieczniej zdecydować się na różowe, które jest poniekąd uniwersalne, pasuje i do sałaty z kaczką, i do krwistego tuńczyka. Zdaniem naszego gościa specjalnego komponowanie wina z jedzeniem nie jest proste, ale warto próbować, bo gdy się uda, „suma tych doznań jest niesamowita i taką ucztę pamięta się do końca życia”.
Wojciech Bońkowski zatrzymywał się przy każdym kieliszku, wąchał, smakował, oglądał i zachęcał publiczność do samodzielnych ocen, do dzielenia się wrażeniami. Tłumaczył, że wina ani mówienia o winie nie należy się bać. Gdy dopiero się rozkręcał, omawiając Młodego Cfajgelda z Modły, kelner, żeby impreza nie przeciągnęła się do rana, już musiał rozlewać Johannitera z Domu Bliskowice. Po trzygodzinnym spotkaniu pozostało wrażenie, że zaledwie musnęliśmy temat. A nawet winiarze, choć sami mają ogromną wiedzę, słuchali z przyjemnością, bo nasz gość miał wiele dobrego do powiedzenia o winach i winnicach z Małopolskiego Przełomu Wisły.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór szósty


Kobiety i wino



Poczatek

Kazimiera Szczuka degustuje białe, broniąc czerwonego.

modla

Państwo Stola (Modła) siedzą z tyłu
i odsypiają Kongres Winiarzy Polskich.

notatki

Feministka i winiarze.
Janusz Jakubowski (Małe Dobre) i Lech Mill (Dom Bliskowice).

Egzamin

Selfie nie do ogarnięcia.

Nawet kieliszek do szampana został zaprojektowany tak, by ładnie wyglądał w ręce kobiety.

Piękna dama w powiewnej sukni trzyma w dłoni kieliszek białego wina i za pomocą zgrabnego noska delektuje się subtelnym zapachem. Albo stara, brzydka kobieta, brudna i rozczochrana, upojona nadmierną ilością czerwonego wina opowiada sprośności, budząc zgorszenie.
Ta pierwsza może być marzeniem winiarza. Ta druga może być przekleństwem winiarza. Obie są wyobrażonymi stereotypami i raczej nie istnieją w czystej postaci.
Nad Trzecim Księżycem padał deszcz, więc tym razem impreza przeniosła się z tarasu do nastrojowego wnętrza drewnianego budynku starych jatek koszernych przy kazimierskim Małym Rynku. Przyszedł tłum. Dużo pań i czterech panów. Było gęsto.
Gość specjalna Kazimiera Szczuka spóźniła się kilka minut z powodu robót drogowych, które napotkała na trasie (ale winiarze z Modły i Małego Dobrego też się spóźnili, jeszcze bardziej). Prowadzący spotkanie Lech Mill z Domu Bliskowice przywitał ją uściskiem dłoni, mówiąc: – Moja żona powiedziała, żebym nie próbował pani całować w rękę, bo pani może oddać.
Przy pierwszych degustacyjnych kieliszkach prowadzący zauważył, że kobiety są w stanie bardziej niż mężczyźni docenić zalety białych win. Publiczność wydała z siebie lekki pomruk. – Białe wino łatwiej trafia do kobiet, bo one mają subtelniejszy węch – ciągnął mówca. – Nawet kieliszek do szampana został zaprojektowany tak, by ładnie wyglądał w ręce kobiety.
Publiczność zaszemrała nieco głośniej, ale wciąż nieartykułowanie.
Kazimiera Szczuka opowiedziała więc o swojej niedawnej lekturze, pracy naukowej na temat figury starej baby pijaczki, która występuje w literaturze od czasów antycznych. Literaturoznawczyni nie wymieniła co prawda tytułu, ale domyślamy się, że chodziło o książkę „Stara rebeliantka”. Polecamy.
Dalej było coraz bardziej energetycznie. Nie padła kategoryczna fraza o płci wina, choć było blisko, czasem niebezpiecznie blisko. Pojawiły się pytania, czy uprawiane w Polsce winorośle są genetycznie modyfikowane, czy koniecznie trzeba dodawać do wina siarkę i czy istnieje związek między stowarzyszeniami winiarzy a lobby myśliwych (tylko leksykalny, przez Romana Myśliwca, ojca założyciela polskiego odrodzonego winiarstwa).
Nie doszło do otwartej wojny. Toczyła się podskórnie, bo wszyscy (Uwaga! Zwykle po słowie „wszyscy” pojawia się stereotyp) wielbiciele i wielbicielki wina są kulturalne/ni, dobrze wychowani/ne i mają poczucie humoru. Ogólnie było wesoło, ale kto by pomyślał, że wino może być tak wspaniałym poligonem genderowym.
Okazało się, że panie lubią wino. I czerwone, i białe, ale raczej wytrawne. Lubią gościa specjalną Kazimierę Szczukę. I winiarzy także lubią.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór piąty


Plakat i wino



Poczatek

Profesor Lech Majewski właściwie od razu przejął
mikrofon. Bez mikrofonu Lech Mill (Dom Bliskowice).

modla

Tomasz Stola (Modła) lekko stremowany.

notatki

Co pilniejsi studenci robią notatki.

Egzamin

Profesor egzaminuje publiczność.

Ludzie, którzy z miłości zaczynają robić wino, zasługują na szacunek – mówił profesor Lech Majewski.

Gość specjalny Winnego Kazimierz przez dwie godziny lał miód na serca winiarzy. Podobało mu się wszystko: butelki, etykiety, nazwy win, firmowe koszulki z logo winnic (czyli elementy identyfikacji wizualnej), a przede wszystkim zachwycał się smakiem win. Cieszył się, że Polska wraca do dawno zapomnianych winiarskich tradycji, bo jego zdaniem wino jest elementem kultury i tożsamości. Nie służy do upijania się, ale do budowania więzi między ludźmi, upiększania i wzbogacania codziennego życia.
Na potwierdzenie tej teorii profesor opowiedział przejmująca historię ze swojej podróży do Iranu, gdzie winorośle uprawia się mniej więcej od siedmiu tysięcy lat. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kraj ten słynął ze wspaniałych win. Po rewolucji islamskiej (1979 rok) rząd ajatollahów zakazał produkcji wina. Winnice zostały, ale winogrona można przerabiać tylko na sok. – W mieście Sziraz byłem na prywatnym przyjęciu i zapytałem o tradycje winiarskie – wspominał profesor. – Wtedy miejscowi goście zaczęli znikać i po chwili wracali, każdy z butelką własnoręcznie wykonanego wina. Okazało się, że niemal w każdym domu wbrew oficjalnym zakazom i propagandzie robi się chałupniczo wino: „My tradycję robienia wina mamy w sercu i w głowie”.
Następnie gość specjalny, z zawodu wykładowca Akademii Sztuk Pięknych przystąpił do egzaminowania winiarzy. Wyraźnie był w swoim żywiole. Najtrudniejsze okazało się pytanie, gdzie można kupić polskie wino. Odpowiedź, że przez Internet, nie usatysfakcjonowała profesora, bo jego zdaniem w takim na przykład Kazimierzu polskie wino powinno być dostępne wszędzie, chociażby jako miejscowa atrakcja, w końcu w tej okolicy są najlepsze w Polsce warunki do uprawy winorośli.
Winiarze musieli się gęsto tłumaczyć, że to nie ich wina, że dopiero zaczynają, że na razie wina jest za mało, że nie stać ich na promocję, słowem – są obiektywne trudności. Dodali, że zawsze można kupić ich wino podczas Święta Wina organizowanego przez Stowarzyszenie Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły w Janowcu, zwykle w ostatnią sobotę maja. – No tak – przyznał profesor – to wspaniała impreza, ale jak kończy się święto, to wszystko się kończy.
Zamiast wpisów do indeksu profesor rozdał uczestnikom spotkania swoje plakaty z autografem.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór czwarty


Niewinny reportaż



Men in black

Men in black:
Lech Mill (Dom Bliskowice) i Cezary Łazarewicz.

Przed deszczem

Nadchodzi różowa Modła, czyli Młody Cfajgeld

Po deszczu

Niektórzy nie wytrzymywali upału i tego gadania.

Po deszczu

Ale Piotr Pytlakowski słucha z uwagą.

Z rozmarzeniem zanurzyli się w czasach, gdy pijali J-23 w przyszkolnych zaroślach, paląc przy tym sporty lub ekstramocne.

Znowu Trzeci Księżyc i znowu nieznośny upał. Taka tradycja.
Spotkanie zaczęło się od winnych wspomnień z czasów licealnych. Szczególne w nich miejsce zajmuje wino marki Wino vel Patykiem Pisane vel Alpaga vel J-23. „J-23” był to konspiracyjny kryptonim Hansa Klossa, niezapomnianego bohatera „Stawki większej niż życie”. Kryptonim przylgnął do alpażki, która przez całe dziesięciolecia kosztowała 23 zł. Przypomnijmy, że cena bochenka chleba w tych ustabilizowanych gospodarczo czasach wynosiła 4 zł. Gospodarze spotkania wraz z gościem specjalnym Cezarym Łazarewiczem z rozmarzeniem zanurzyli się w czasach, gdy pijali J-23 w przyszkolnych zaroślach, paląc przy tym sporty (3,50 zł, ale dostępne były paczki po 10 sztuk za 1,75 zł) lub ekstramocne (6,40 zł).
Po tym wstępie rozlano pierwsze białe wino (Apricus z Modły). Starsi uczestnicy spotkania mimo sentymentów byli zgodni, że w niczym nie przypomina ono tamtej słodkawej cieczy z PRL, której jedyną zaletą było pozbawianie pijącego świadomości. Młodsi po prostu cieszyli się nowo odkrytym smakiem.
Rozmowa ciągle jednak skręcała ku czasom minionym. I nic w tym dziwnego, bo najnowsza książka Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” opowiada o latach stanu wojennego i Grzegorzu Przemyku, maturzyście bestialsko zakatowanym na komisariacie MO. Autor przeprowadził dogłębne dziennikarskie śledztwo i fenomenalnie oddał ówczesną atmosferę strachu, zamordyzmu, uległości wobec władzy, łamania ludzi. Można powiedzieć, że tamta władza była jak tamto wino. Niby słodka, a mdląca, fałszywa i zabójcza. Odeszła i niech już nigdy nie wróci.
Winiarze martwią się jednak, że choć upłynęło naprawdę wiele lat, chociaż zmienił się ustrój i właściwie wszystko, w świadomości Polaków polskie wino nadal kojarzy się z tamtym produktem alkoholowym, którego nawet nie można uznać za winopodobny. Winny Kazimierz chce przekonać publiczność, że w Polsce naprawdę można uprawiać winogrona. Że z tych winogron można zrobić wino, które w niczym nie ustępuje winom z krajów tradycyjnie uznawanych za winiarskie.
Wśród gości pojawił się dziennikarz z tygodnika „Polityka”, Piotr Pytlakowski. Nie mógł wziąć udziału w degustacji, bo miał jeszcze w planach powrót do Warszawy, ale starannie wąchał każde z dziewięciu prezentowanych win. Uznał, że na nos zwyciężyła czwórka (4&Canva) z Domu Bliskowice.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór trzeci


Wino i pisanie



Manuela Gretkowska

Manuela Gretkowska zdumiona
jakością lokalnego wina.

Przed deszczem

Między pierwszym białym a drugim

Po deszczu

Już po deszczu, bo w kieliszkach czerwone.

Zasłuchani w opowieści Manueli Gretkowskiej o psychodelicznych wizjach, minęliśmy trzy różowe.

Pochmurno, wietrznie, chłodno, mroczno. Żadna tam lipcowa sobota, raczej listopad. Nie było dużych nadziei na wysoką frekwencję, w dodatku Kazimierz aż huczał od imprez.
A jednak goście dopisali. Niektórzy wzięli ze sobą nawet kartki i długopisy, żeby notować kolejne wina i własne odczucia węchowo-smakowe. Ale tym razem organizatorzy nauczeni doświadczeniem przygotowali kartę win.
Deszcz zaczął kropić trochę za wcześnie, bo już po drugiej butelce, czyli Białym Cuvee z winnicy Modła (pierwszy był hibernal H’15 z Domu Bliskowice). Przy trzeciej (Białe Małe Dobre) może jeszcze nie lało, ale rozpadało się rzęsiście. Za radą kelnera towarzystwo schroniło się pod wiatą na tarasie Dwóch Księżyców. I tam, przy długim biesiadnym stole, choć zrobiło się tłoczno, a może właśnie dlatego, atmosfera nabrała rumieńców. Podano johannitera J’15 z Domu Bliskowice.
Że przestało padać, informowały wrzaski dzieciarni na pobliskiej trampolinie, ale nikt się tym nie przejął. Zasłuchani w opowieści Manueli Gretkowskiej o psychodelicznych wizjach, jakich doświadczyła za sprawą meksykańskich zielarzy, minęliśmy trzy różowe (Cantor’15 z Bliskowic, Młody Cwajgeld z Modły i Wino Różowe z Małego Dobrego) i dotarliśmy do czerwonych.
4&Canva (cantor z regentem) z Bliskowic i Wino Czerwone z Małego Dobrego mogły być dobrym podsumowaniem spotkania, wieczór jednak nie zamierzał się skończyć. Słuchacze dopiero teraz dorwali się do głosu i zasypali winiarzy gradem pytań. Wyglądało na to, że każdy z obecnych nagle nabrał ochoty na założenie własnej winnicy, choćby malutkiej, i chciał się dowiedzieć wszystkiego na ten temat.
Janusz Jakubowski z Małego Dobrego był wniebowzięty, gdy okazało się, że Manuela Gretkowska i jej mąż Piotr Pietucha za najsmaczniejsze uznali jego wina.
Deszcz przestał padać, chmury się nieco rozwiały i nad Dwoma Księżycami wzszedł księżyc. Swoją drogą oprócz Manueli Gretkowskiej, warto też poczytać Marię Kuncewiczową. To ona sprawiła, że Kazimierz Dolny jest pełen księżyców.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice

Winny Kazimierz 2016. Wieczór drugi


Wino i nauka



Kręgliccy i koziarze

Lech Mill z Domu Bliskowice opowiada
o johanniterze (J'15),
z którego jest szczególnie zadowolony

Kręgliccy i koziarze

Publiczność zasłuchana w historię
polskiego winiarstwa

Kręgliccy i koziarze

Krajobraz po imprezie

Okazuje się, że polska ziemia już setki tysięcy lat temu szykowała się do przyszłej roli imperium winiarskiego. I chwila spełnienia właśnie nadchodzi.

Geologicznie Polska przygotowana jest doskonale do uprawy winorośli. A i klimat coraz bardziej temu sprzyja. Tak przynajmniej wynika z informacji, do jakich dotarli dziennikarze naukowi Ola i Piotr Stanisławscy, twórcy portalu crazynauka.pl, goście specjalni drugiego wydania Winnego Kazimierza.
Na przemiłym tarasie Pensjonatu Kazimierskiego można było spróbować dziewięciu win z winogron uprawianych w krainie Małopolskiego Przełomu Wisły, czyli od Annopola do Puław. I przy okazji posłuchać fascynujących naukowych ciekawostek.
Wino wymyślono, czy raczej odkryto gdzieś na terenach dzisiejszej Gruzji, Iranu lub Azerbejdżanu. A pierwsze podejście do przerobienia polskich ziem w krainę winem płynąca miało miejsce już w IX stuleciu naszej ery. Nie wiadomo, jak tamto wino smakowało, ale z pewnością było zdrowsze od ówczesnej wody, która bywała skażona i mogła wywoływać epidemie. Dlatego bezpieczniej było popijać sfermentowany sok z winogron. W dodatku człowiek czuł się po nim dziwnie przyjemnie.
Potem niestety klimat się ochłodził, na Polskę spadły rozmaite nieszczęścia i polskie tradycje winiarskie popadły w zapomnienie. Próbowano je wskrzesić w II RP, ale znów przyszła wojna.
Dziś uprawa winogron wraca do Polski. Wraz z nią wraca sztuka robienia wina. Na razie jest to działalność raczej hobbystyczna niż biznesowa. Winiarze kochają to, co robią, ale niemal każdy z nich musi zarabiać gdzie indziej, by stać go było na utrzymanie winnicy. Za to wino im odpłaca wysoką jakością.
Warto skorzystać z tego etapu. Warto spróbować wina z małych, ekologicznych winiarni, zanim staną się potężnymi zmechanizowanymi przedsiębiorstwami.

Zdjęcia: Ola i Piotr Stanisławscy, Crazy Nauka

Winny Kazimierz 2016. Wieczór pierwszy


Wino i jedzenie



Kręgliccy i koziarze

Pusta butelka po jednym z bohaterów
gorącego wieczoru.

Kręgliccy i koziarze

Zza węgła przemawia Lech Mill (Dom Bliskowice).
W niebieskiej koszulce siedzi Tomasz Stola (Modła).

Kręgliccy i koziarze

Agnieszka Kręglicka i Piotr Petryka (z mikrofonem)
w otoczeniu wytwórców kozich serów.

Przy mniej więcej 40 stopniach Celsjusza rozpoczął się mecz Polska kontra reszta świata w kategorii najlepsze wino.

Na szczęście była godzina szósta po południu i goręcej już się nie mogło zrobić.
Ale nie robiło się też chłodniej. Mimo wysiłków gospodarza nowo otwartego kazimierskiego bistro Trzeci Księżyc Tomasza Małolepszego, który wraz z personelem dwoił się i troił, by osłonić zgromadzone towarzystwo przed palącymi promieniami i zapewnić pełnię komfortu, dopiero koło dziewiątej upał na tarasie nieco zelżał.
Wielbiciele polskiego wina są jednak niezłomni. Twardo siedzieli na patelni i chłodzili się wewnętrznie, opróżniając kolejne kieliszki.
Słuchali przy tym opowieści gościa specjalnego, czyli Agnieszki Kręglickiej, która do lokalnego wina polecała lokalne sery – kozie, ale też krowie oraz lokalny – wbrew nazwie – humus-palce-lizać.
Tomasz Stola, właściciel Modły, winnicy położonej niedaleko Ostrowca Świętokrzyskiego, opowiadał nie tylko o swoich winach, ale też o codziennych trudach winiarza. Szczególnie takiego, który posadził winorośle na stoku o nachyleniu około 40 stopni, czyli ma prawdopodobnie najbardziej stromą winnicę w Polsce. Tomasz nie musi wprawdzie używać czekana ani lin asekuracyjnych, ale przyznał, że jako obuwie robocze najlepiej się sprawdzają piłkarskie buty z korkami. Spędza w nich, jak policzył, dwa tysiące godzin rocznie.
Na pytanie, czy winnice można odwiedzać, żeby na własne oczy zobaczyć, jak powstaje polskie wino, odpowiedział Lech Mill z Domu Bliskowice.
„Nie znoszę gości” – oznajmił szczerze. Szybko się jednak zreflektował i dodał, że jeśli ktoś naprawdę się uprze, to zostanie wpuszczony do jego ukochanej winnicy. A wtedy – co potwierdzają bywalcy Bliskowic – z gościa zmienia się w swojaka i zostaje serdecznie przyjęty. Lepiej jednak wcześniej zadzwonić.
Do dyskusji włączał się często Piotr Petryka, mąż Agnieszki Kręglickiej, szukający wśród prezentowanych win najkwaśniejszego. Jego zdaniem Polska to kraina kwasu. Kiszone ogórki i kwaszona kapusta, nasze wspaniałe rodzime przysmaki dobrze by się komponowały z winem o wysokiej kwasowości. Wyraźnie był zawiedziony. Subtelna kwasowość białych win: johannitera z Domu Bliskowice czy apricusa z Modły rozczarowały pana Piotra. Dopiero czerwona czwórka ("4&13", kupaż regenta z cortisem) z Bliskowic odrobinę rozjaśniła jego oblicze. Tylko odrobinę, bo jej kwasowość okazała się zaledwie średnia.
To powinno skłonić do refleksji 80 proc. Polaków, którym, jak wynika z badań, polskie wino kojarzy się wyłącznie z kwachem. Drodzy Polacy, chciałoby się zawołać, spróbujcie, a sami się przekonacie, że czym prędzej należy zmienić poglądy, pozbyć się uprzedzeń i otworzyć kubki smakowe na nowe doznania.
Spróbujcie, a poczujecie się jak żona pewnego dziennikarza, która łyknąwszy różowego Mlodego Cwajgelda z Modły, otworzyła szeroko piękne oczy i wykrzyknęła z niedowierzaniem: „Jakie dobre!”.

Zdjęcia: Kazimierz Winny, Dom Bliskowice